Apel ciągnął się w nieskończoność niczym ser mozarella na pizzie. Dzieci,
które przygotowały tę uroczystość spisały się na złoty medal. Na wesoło
podeszły do tego znienawidzonego dnia, dzięki czemu sama odsunęłam na bok złe
myśli, których w mej głowie było pełno. W końcu rzadko rozpoczyna się pracę w
podstawówce od drugiej klasy. I to nie byle jakiej drugiej klasy. Nie dość, że
praca załatwiona po znajomości i tylko na jeden rok, to na dodatek wspomnienia
budzą się do życia. Swoją drogą wspomnienia, których łatwo nie da się zapomnieć
– mimo upływu pięciu lat. Wbiłam wzrok w podłogę, starając się, by nikt nie
dostrzegł rumieńców na mojej twarzy.
Po dwóch godzinach siedzenia na sali gimnastycznej, gdzie
większość czas została poświęcona przemowom, które tak naprawdę nie
przekazywały nic ważnego, w końcu wraz z przydzielonymi mi uczniami mogłam udać
się do klasy. Pochód toczył się z prędkością metra na godzinę z winy pastowanej
podłogi i moich czarnych szpilek. Kilka minut zajęło dzieciom i ich rodzicom,
którzy robili jeszcze większe zamieszanie niż ich potomkowie, przygotowanie się
do części praktycznej rozpoczęcia roku.
- Dzień dobry, nazywam się Izabela Nowak i jak zapewne
Państwo wiecie będę pełniła rolę wychowawcy w zastępie pani Magdy – z trudem wypowiedziałam
te jedno zdanie. Spowodowane było to nie tylko stresem, ale i obecnością tych
wspaniałych oczu, które zaczarowały mnie pięć lat temu. Utrzymanie powagi i
obojętności sprawiło, że moje dłonie zacisnęły się na krawędzi białej sukienki
na ramiączka, która sięgała do kolana, w którą byłam ubrana.
Po krótkim zapoznaniu się ze mną i oczekiwaniach, jakie
przedstawili mi rodzice – jak ja im, podałam plan lekcji, który miał
obowiązywać do końca roku, choć w praktyce do końca tygodnia – uczniowie powoli
wychodzili z klasy. Nawet nie zdziwiłam się, że ostatnią parą, która wyjdzie będzie
ON w towarzystwie syna. Wpatrywał się we mnie, przekraczając próg klasy, przez
co niemalże uderzył w drzwi. Z lekkim uśmiechem na twarzy – po rozmowie z panią
dyrektor, nie po spotkaniu z nim – wyszłam ze szkoły, licząc na spokojny
wieczór w toarzystwie jakiegoś fajnego filmu na DVD. Boso weszłam do mieszkania,
rzucając klucze na szafkę oraz odkładając buty gdzieś w kąt korytarza. Przebrałam
się w krótkie spodenki oraz białą bokserkę, zaparzyłam herbaty i ruszyłam do pokoju,
gdzie włączyłam komputer, mając zamiar sprawdzić pocztę. W takich chwilach jestem zachwycona tym, że Ariel w końcu zainwestował
we własne mieszkanie. Dzięki temu, jego pokój przerobiłam na ołtarz. Dosłownie
oazę spokoju i uwielbienia dla Barcy, Bayernu, Resovii i kadry narodowej. No
cóż, miłość do sportów zaszczepił w mym organizmie ojciec albo wyssałam ją z
mlekiem matki. Rozsiadłam się na fotelu i uruchomiłam komputer. Nie zdążył
się nawet włączyć, gdy do mych nozdrzy doleciał zapach spalonego … dywanu! Z
przerażeniem odskoczyłam od biurka, wlepiając wzrok w ulatniający się dym. No nie, tylko tego mi brakowało! Od razu
sprawdziłam czy jest światło i ku mojemu nieszczęściu, nie włączyła się lampka.
Tak jak stałam, wybiegłam na klatkę schodową i pukaniem przywołałam sąsiada. Na
szczególne zaproszenie nie czekał i otworzył w bardzo szybkim jak na niego
tempie.
- Sąsiad chce mnie spalić? – spytałam, zadzierając głowę
do góry, by spojrzeć na jego twarz. Kosa, mój sąsiad i jednocześnie siatkarz
ASSECO Resovii Rzeszów z przerażeniem zaprzeczył, kręcąc głową – No co Ty nie
powiesz? – chwyciłam go za rękę, a dokładniej za nadgarstek i zaciągnęłam do
mojego mieszkania. Jego przerażenie chyba odebrało mu dech w piersiach, gdy
zobaczył jak z komputera ulatnia się dym.
Pierwsze co, odłączył zasilanie od korków, które zostały i
tak wywalone w cholerę, a następnie wyciągnął telefon i wykonał połączenie,
podkreślając, że to dla sąsiadki. Po chwili uciekł z mojego mieszkania. Nie, zajebiście. Spalić już chcą mnie na
stosie jak wiedźmę czy latawicę. Co z tego, że przespałam się z panem Ignaczakiem. To było dawno i nie
prawda. Po kilkunastu minutach, które spędziłam na usuwaniu dywanu rozległo
się pytanie. Nie zdążyłam nawet podejść do drzwi, kiedy w progu pokoju chwały
ujrzałam uśmiechniętego Kosoka w towarzystwie Ignaczaka i Arka Gołasia. Zjazd siatkarzy? Me gusta
- Sąsiadko, naprawa na mój koszt, dywan odkupię –
Grzesiek przepuścił swoich towarzyszy głębiej do pokoju.
- Grzesiek, przecież ja żartowałam tylko – uśmiechnęłam się
do Grześka, wciąż czując na sobie ignaczakowe spojrzenie. Arek tylko pokręcił
głową i wziął się za odłączanie od komputera wszelkich kabli.
- Izabelo, moja droga. Przez mój remont spaliłem Ci
komputer, więc obowiązkiem dobrego sąsiada, jakim chcę być, jest zapłacenie za
szkody – goście z rozbawieniem przysłuchiwali się naszej rozmowie, jakby było w
niej coś ciekawego – Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym zrobił małą
parapetówkę? Wiesz, nowe mieszkanie, chłopaki chcą je oblać.
- Eeeeej, kto chce oblać? Chyba mam problemy ze słuchem i
pamięcią – Krzysiek, oparł się o futrynę drzwi od pokoju, wzrokiem gromiąc
Grześka. Dobrze, że spojrzenie zabić nie
umie.
-Tak, zapomniałem. Krzysiu, starość nie radość. Ale
cóż poradzić, młodość wchodzi na salony – Grzesiek jest już trupem.
Przynajmniej spojrzenie Ignaczaka tak mi mówi. Zresztą nie tylko Ignaczaka,
moje też. Przymila się, bym wyraziła zgodę na imprezę.
- Kopiesz dół na trumnę, Młody – zaśmiał się Ignaczak. No
cóż, ciary przeszły wzdłuż mojego kręgosłupa – Lepiej zaproś sąsiadkę na
imprezę, a nie cyrki odstawiasz – mówiąc to, spojrzał na mnie wzrokiem, który na
osobności sprawiłby, że oddałabym mu się tu i teraz.
Grzesiek klasnął w
dłonie, chyba wyrażając zachwyt nad słowami Ignaczaka, a Arek skomentował to
znowu uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz